Znamy to aż za dobrze - postępujące gównowacenie ("enshitification" za Corrym Doctorowem) oprogramowania wkoło, podnoszenie cen, wciskanie subskrypcji wszędzie gdzie się tylko da. Na szczęście to nie jest norma i wiele aplikacji nadal utrzymuje klasyczne możnaby rzec podejście do dystrybucji i rozwoju oprogramowania. Things - jedna z czołowych aplikacji do organizowania zadań od lat jest rozwijana w modelu pojedynczej opłaty. Co prawda należy kupić osobno licencję na każdą platformę, ale nie nazwałbym tego skokiem na kasę szczególnie, że aplikacja jest aktywnie rozwijana od wielu lat. Od kilku lat staram się unikać subskrypcji jak ognia - nie w każdym przypadku jest to możliwe, a czasami jest to uzasadnione - przykładowo usługi synchronizacji lub używające różnorakich płatnych API siłą rzeczy muszą być płatne - nikt nie będzie utrzymywał infrastruktury z własnej kieszeni.
Klątwa (nie)wiedzy
W IT istnieje określenie tzw. klątwy wiedzy - zjawisko polegające na tym, że jedna strona - posiadająca jakąś wiedzę - zakłada, że inna strona też taką samą wiedzę posiada. Popularny problem w branży. Tak czy siak zastanawiam się czasami, czy to, że jako uzytkownicy zgadzamy się na wciskanie wszędzie subskrypcji nie wynika z niewiedzy. Wpaja się nam, że potrzebujemy wszystko synchronizować (no bo przecież każdy ma dziesięć urządzeń i aspiracje bycia pracownikiem miesiaca, prawda?). Bo głównie o koszty synchronizacji się tutaj rozchodzi - tym tłumaczy się konieczność płacenia comiesięcznego characzu większym czy mniejszym firmom z branży IT. Tymczasem według raportu Tech4Society 2025 połowa badanych Polaków korzysta przynajmniej raz w tygodniu z maksymalnie dwóch urządzeń podłączonych do internetu. Co więcej, badanie obejmuje nie tylko komputery i smartfony, ale również telewizory, smartwatche czy urządzenia inteligentnego domu. Trudno więc zakładać, że każdy użytkownik potrzebuje nieustannej synchronizacji danych między kilkoma komputerami, tabletami i telefonami.
Oczywiście sama liczba urządzeń nie przesądza o niczym. Nawet mając tylko komputer i smartfon, można z powodzeniem korzystać z synchronizacji notatek, zadań czy dokumentów. Dla jednych będzie to funkcja niezbędna, dla innych wygodny dodatek, a jeszcze inni nawet nie zauważą jej braku. I właśnie o to mi chodzi. Dlaczego wszyscy mają płacić za usługę, z której nie wszyscy korzystają?
Osobną kwestią jest traktowanie synchronizacji jako kopii zapasowej. To nie to samo. Jeśli usuniemy dane na jednym urządzeniu, zmiana może zostać automatycznie przeniesiona na pozostałe. Owszem, niektóre usługi oferują historię wersji czy możliwość przywracania usuniętych plików, ale sama synchronizacja nie gwarantuje bezpieczeństwa danych. Tym bardziej nie powinna być przedstawiana jako uniwersalne rozwiązanie każdego problemu z ich przechowywaniem.
Nie twierdzę, że synchronizacja jest zbędna. Twierdzę jedynie, że powinna odpowiadać na rzeczywistą potrzebę użytkownika, a nie stanowić wygodne uzasadnienie dla obowiązkowego abonamentu. Szczególnie w aplikacjach, które bez większego problemu mogłyby działać lokalnie, bez konta, chmury i comiesięcznego przelewu na konto producenta.
Czy zatem płacimy, jeśli w ogóle płacimy, za coś, czego nie potrzebujemy, a czego konieczność wmówiono nam na tyle skutecznie, że przestaliśmy ją kwestionować? Cytując klasyka: „Nie wiem, choć się domyślam”. Nie zamierzam nikomu zaglądać do głowy ani doszukiwać się złych intencji w każdej firmie oferującej abonament. Trudno jednak nie zauważyć, że taki model jest dla producentów wyjątkowo wygodny. Przewidywalne, regularne wpływy brzmią znacznie lepiej niż konieczność przekonywania klientów do kolejnego zakupu. Szczególnie gdy klient zdążył już przyzwyczaić się do aplikacji, zgromadzić w niej swoje dane i niespecjalnie ma ochotę zaczynać wszystko od nowa.
Osobiście zdecydowanie wolę podejście, w którym użytkownik może świadomie zdecydować, czy chce płacić za dodatkowe usługi, takie jak synchronizacja danych. Sama aplikacja mogłaby być sprzedawana jednorazowo albo w modelu corocznego odnawiania licencji, ale z jednym istotnym zastrzeżeniem: jeśli nie przedłużysz licencji, nie tracisz dostępu do funkcjonalności, za którą już zapłaciłeś. Po prostu nie otrzymujesz kolejnych aktualizacji. Nie ma żadnego powodu, żeby program, który wczoraj działał bez zarzutu, dzisiaj nagle przestał być użyteczny tylko dlatego, że nie opłaciłeś kolejnego roku.
Szczególnie w środowisku macOS nadal można znaleźć sporo oprogramowania rozwijanego właśnie w ten sposób. I, co ciekawe, niektóre z tych aplikacji mają za sobą wiele lat rozwoju, regularnie otrzymują aktualizacje i jakoś nie zniknęły z powierzchni ziemi. Okazuje się więc, że nie każdy przycisk musi być finansowany comiesięcznym przelewem.
Zdarza mi się jednak obserwować coś, co jeszcze kilka lat temu uznałbym za dość osobliwe. Sami użytkownicy potrafią domagać się wprowadzenia subskrypcji do swoich ulubionych aplikacji. Być może martwią się o ich przyszłość i obawiają, że jednorazowe opłaty nie wystarczą do utrzymania dalszego rozwoju. To zrozumiała troska, szczególnie w przypadku niewielkich, niezależnych producentów. Tyle że jeszcze niedawno abonament był czymś, co należało uzasadnić konkretną usługą. Dzisiaj coraz częściej traktujemy go jako naturalny warunek istnienia oprogramowania.
I chyba właśnie to najlepiej pokazuje, jak głęboko subskrypcje zapuściły korzenie w naszej świadomości.
Respectware
Od dłuższego czasu zastanawiałem się, jak nazwać podejście do tworzenia oprogramowania, które nie traktuje użytkownika jak źródła niekończących się przychodów. Podejście, w którym prywatność nie jest luksusową funkcją, uczciwe zasady płatności nie stanowią przewagi konkurencyjnej, a aplikacja nie próbuje za wszelką cenę zatrzymać Cię w swoim ekosystemie.
Tak powstała idea Respectware. Oprogramowania, które szanuje użytkownika, jego czas, prywatność, pieniądze i inteligencję. Brzmi banalnie? Powinno. W idealnym świecie nie potrzebowalibyśmy osobnego określenia na coś, co powinno być zwyczajnym standardem.
Nie jest to jednak kolejna próba przekonywania wszystkich, że jedynym słusznym rozwiązaniem jest otwarte oprogramowanie. Sam nie mam nic przeciwko zamkniętemu kodowi ani zarabianiu na własnej pracy. Programiści też muszą z czegoś żyć, a wieloletni rozwój aplikacji kosztuje czas i pieniądze. Problemem nigdy nie było dla mnie samo pobieranie opłat, lecz sposób, w jaki coraz częściej się to robi.
Respectware próbuje więc pogodzić wartości często kojarzone z wolnym i otwartym oprogramowaniem z realiami komercyjnego tworzenia aplikacji. Bez udawania, że wszystko powinno być darmowe, ale również bez przekonania, że każda funkcjonalność musi generować cykliczny przychód.
Bo można przecież tworzyć zamknięte oprogramowanie, zarabiać na nim i jednocześnie traktować swoich użytkowników przyzwoicie. Naprawdę nie są to wzajemnie wykluczające się rzeczy.
Jaka czeka nas przyszłość?
Rozwój oprogramowania jest dziś dość specyficzny. Coraz więcej programistów korzysta z AI, a efekty ich pracy bywają skrajnie różne. Od totalnej amatorszczyzny, której momentami strach powierzyć własne dane, po naprawdę ciekawe, przemyślane i dopracowane produkty. Samo korzystanie z AI nie jest żadną gwarancją jakości. Kluczowe pozostają wiedza i doświadczenie człowieka, który tymi narzędziami się posługuje. Doświadczony programista potrafi z ich pomocą zdziałać cuda, ale ktoś, kto nie rozumie generowanego kodu, może równie sprawnie produkować kolejne problemy.
Jednocześnie nie da się ukryć, że AI zmienia warunki, w jakich powstaje oprogramowanie. Pozwala przyspieszyć wiele prac, ułatwia eksperymentowanie i sprawia, że nawet pojedynczy programista może realizować projekty, które jeszcze niedawno wymagałyby znacznie większego zespołu. Nie oznacza to oczywiście, że tworzenie dobrych aplikacji nagle stało się banalne. Odpowiedzialność za ich jakość, bezpieczeństwo i dalszy rozwój nadal spoczywa na człowieku.
I właśnie dlatego uważam, że to dobry moment, żeby przypomnieć sobie, dla kogo właściwie tworzymy oprogramowanie. Skoro mamy coraz lepsze narzędzia, które pozwalają nam pracować sprawniej, może warto wykorzystać je nie tylko do szybszego wypuszczania kolejnych produktów i szukania nowych sposobów na ich monetyzację, ale również do budowania aplikacji, które zwyczajnie dobrze służą swoim użytkownikom?
Sam przygotowuję kilka wpisów, w których opiszę swój sposób pracy z modelami AI. Nie uważam się za eksperta w tej dziedzinie, ale mam poczucie, że udało mi się wypracować solidne podstawy do wydajnej i bezpiecznej pracy z agentami programistycznymi. Chętnie podzielę się zarówno tym, co u mnie działa, jak i tym, na czym zdążyłem się już przejechać.
Bo ostatecznie technologia powinna pomagać nam tworzyć lepsze oprogramowanie. Nie tylko szybciej produkować więcej tego samego badziewia.